Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pandemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pandemia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2020

Wybory za granicą

Andaluzja Hiszpania
Wybory za granicą.

Pandemia i decyzje rządzących zamknęły nas dość skutecznie w wielu krajach, pozbawiając prawa wyborczego. Do tej pory mogliśmy brać udział w wyborach parlamentarnych i prezydenckich niemal na całym świecie. Poza Polską były komisje wyborcze i każdy mógł zagłosować na wybranego kandydata. Inną kwestią było to, że w większości  głosowaliśmy „przeciw“ a nie „za“, ale mogliśmy skorzystać z przysługującego nam czynnego prawa wyborczego. Można też było mieć nadzieję, że wybory są tajne – wszak nie podpisywaliśmy się na karcie do głosowania imieniem i nazwiskiem oraz PESELEM, bezpośrednie – ponieważ głosowaliśmy osobiście, powszechne – każdy miał prawo wyborcze i sam osobiście decydował czy chce z niego skorzystać, równe – każdy z nas miał jeden i tylko jeden głos oraz proporcjonalne – tu już trzeba było uwierzyć, że głosy zostaną odpowiednio policzone i zgodnie z prawem D’Hondta rozdzielone. 

Dzisiaj, mieszkając poza granicami Polski, mamy z głowy, nie musimy się zastanawiać czy i na kogo głosować bo w przeciwieństwie do zapisów Konstytucji wrzucenie karty wyborczej do urny jest poza naszym zasięgiem. Korespondencyjnych wyborów żadna ambasada nam nie zorganizuje. Komisje wyborcze, w przypadku Hiszpanii, są trzy, dwie w Madrycie i jedna w Barcelonie. Na listę wyborców nie możemy się wpisać, bo nie ma jeszcze ustawy o wyborach. A my na południu Hiszpanii jesteśmy oddaleni od Madrytu 650 km, od Barcelony około 1000, a nasza dopuszczalna mobilność to spacer w promieniu 1 km od domu!!! Zakupy, są owszem możliwe, ale w miejscowości, w której mieszkamy albo w najbliższym sklepie – tak jak to jest w naszym przypadku. Mieszkamy na wsi zabitej oliwkową dechą, najbliższy sklep jest oddalony o 5 km i mamy zezwolenie na dojechanie do niego. 600 euro kosztuje wycieczka poza miejsce zamieszkania w celach innych nich wyjazdy niezbędne czyli praca, bank, zakupy, apteka, lekarz.
Zadzwoniłam do urzędu miasteczka, w którym mieszkamy żeby dowiedzieć się czy mam prawo pojechać do oddalonej o 20 km Mercadony, bo zwyczajnie nie lubię sieci Día (a to jedyny sklep w miasteczku). Pani urzędniczka była co najmniej zdziwiona moim pytaniem, nie znała na nie odpowiedzi, ale była na tyle uprzejma, że zadzwoniła do Guardii Civil i dowiedziała się, że nie mogę przebyć dystansu 20 km. Być może coś w tej kwestii zmieni się po 11 maja. A póki co wyjazd do Madrytu może nas kosztować 1200 euro, po 6 stów w jedną stronę plus paliwo. Czyli mamy z głowy zastanawianie się na kogo oddać swój głos. Rząd hiszpański i wiele innych rozwiązało za nas problem wyboru prezydenta RP.

fotka z netu


poniedziałek, 27 kwietnia 2020

życie w czasie zarazy na hiszpańskiej wsi

Andaluzja Hiszpania
Życie w czasie zarazy na andaluzyjskiej prowincji.

Zaskoczyła nas pandemia tak jak miliony innych ludzi. W pierwszych dniach i nocach do zaskoczenia dołączyła bezsenność i kotłowanina myśli. Żadna z nich nie zatrzymywała się na dłużej, ustawiały się w kolejce, wbijały nas w ziemię i paraliżowały. Człowiek przyzwyczaja się nie tylko do dobrego ale też do wielu niedogodności. Po dniach tkwienia w myślowo - bezmyślnym marazmie wreszcie napadła na nas chęć zrobienia czegoś. Czyli sprawdzenia spiżarni. Nauczeni przez życie, że trzeba mieć jakieś zapasy nie zostaliśmy kompletnie bez kasz, mąk, cukrów, soli, konserwowanych i kiszonych warzyw i owoców. Mimo to wypad do „wielkiego miasta“  liczącego 1000 mieszkańców okazał się niezbędny. Miasto wymarło. Od ogłoszenia stanu epidemii minęło 2 dni, a dyscyplina tej małej społeczności kazała nam ściągnąć czapki z głów. Przy wjeździe do miasteczka warowała Guardia Civil – najmniej miła ze wszystkich policji, ale nas nie zatrzymała. Zakupy w aptece, piekarni, warzywniaku i nielubianej przez nas Día zajęły nam niewiele czasu, oprócz nas naliczyłam 4 osoby. Wszystkie przemykały pojedynczo pod ścianami, przy zachowaniu maksymalnej odległości na jaką pozwalała szerokość chodnika. Wbrew oczekiwaniom newralgiczny papier toaletowy i ręczniki papierowe stały spokojnie na półkach. Pomimo tego, że mieliśmy w domu zapasy tych cudów, nie mogliśmy się oprzeć i włożyliśmy kilka zgrzewek do wózka. W sklepach jest niemal wszystko oprócz, rzecz jasna, środków do dezynfekcji oraz maseczek i rękawiczek na jeden raz. 
Zszokowała nas cisza na ulicach, popodsuwane pod ściany kawiarniane stoliki i krzesełka i ogólnie pustka. W miasteczku, a raczej w wiosce mieszka dużo starszych ludzi którzy, zwłaszcza mężczyźni, wylegają na ulice i plac o poranku, nie plączą się  żonom w kuchni, wracają do domów na sjestę po to, by po niej znowu plotkować i graćw domino. Nie ma kostek domina na stolikach, nie ma zestrojonych w spodnie z kantem i białe lub błękitne koszule mężczyzn w kaszkietach. Jest cisza.
Za kilka dni okazało się, że rzeczywistość wygląda jeszcze gorzej bowiem zza raportów o ogromnych spustoszeniach wywołanych koronawirusem dochodzi coraz głośniejszy krzyk molestowanych kobiet i dzieci. Przemoc domowa stała się pochodną pandemii. Ludzie nie umieją nagle zacząć żyć ze sobą, zamknięci w domach i mieszkaniach, skazani na swoje towarzystwo przez 24 godziny na dobę.
Ratusz, na facebookowej stronie chwali się tym, że do tej pory nikt nie zachorował, że żyją wśród nas społecznie odpowiedzialni ludzie, którzy odkażają codziennie ulice, plac i newralgiczne punkty miasta. To dobre wiadomości, zła jest taka że znak stopu dla przemocy domowej, który stoi przed budynkiem urzędu nie zatrzymał wyładowywania frustracji jednych ludzi na drugich, najczęściej najbliższych.
Pandemia trwa, żyjąc w oliwkowym sadzie oddalonym od najbliższego miasteczka o 4 km i o 1 km od najbliższego sąsiada mamy coraz to nowe ograniczenia, których nie zamierzamy łamać: nie możemy wychodzić z domów z innych powodów niż zakupy w najbliższym spożywczaku, warzywniaku, drogerii, aptece, czy wyjście do lekarza. Spacer z psem możliwy jest w określonych godzinach w odległości 200 metrów od domu, w samochodzie kierowca siedzi z przodu, bo jakżeby inaczej, a pasażer(ka) z tyłu, obydwie osoby zestrojone obowiązkowo w maseczkę i rękawiczki. Wychodzimy i wracamy do jednego domu czasem do jednego łóżka ale w samochodzie musimy zachowywać pozory obcości i braku zaufania do oddechu samochodowego partnera. 
Rozumiem, że zakładanie rękawiczek jest logiczne, że dotykając produktów w sklepach czy pieniędzy możemy przywlec do domu jakieś zarazy ale maseczki? Nie rozumiem. Według oficjalnych danych maseczka nie chroni mnie, więc nie chroni również Ciebie ani nikogo. Po co wobec tego je nosimy? Kto nas otumanił? Jak mogliśmy uwierzyć, że skoro maseczka nie chroni mnie to chroni mijanego pieszego. Przecież on też ma świadomość, że maseczka go nie chroni. Po cholerę  stroimy się w ten kawałek bezużytecznej szmatki?